-
Kategorie
-
Dodane
- - Proszę pana, nie jestem pewien, czy posiadłszy umiejętność sprzedawania perfum Poupee-de-Oui, nadaję się na skrzyżowanie Metternicha z Amundsenem.
.
- Wie pan, przyniosłem mu wykaz tych książek. Ale niech pan tego nie rozgłasza. Nie chciałbym, żeby ktoś wiedział, jakie rzeczy czytywałem za młodu. .
Zanim dotarliśmy do głównego traktu tazamów jeszcze raz natknęliśmy się na rabusiów. Wielkie chłopiska uzbrojone były w europejskie karabiny i w wypadku zaczepki nasza odwaga na niewiele by się zdała. Na szczęście pozostawili nas w spokoju - zapewne przez wzgląd na naszą nędzną powierzchowność. Tak to czasem nawet bieda może mieć swoje dobre strony. .
- Ciekawe więc, kto to zrobił? Czyżby miejscowi mordowali naszych przewodników za współpracę z wrogiem? .
— Co z tym, którego nie było? .
- - Proszę pana, nie jestem pewien, czy posiadłszy umiejętność sprzedawania perfum Poupee-de-Oui, nadaję się na skrzyżowanie Metternicha z Amundsenem.
.
-
Losowe
- Zaraz po przybyciu narobiła mnóstwo zdjęć polaroidem. Aparat zostawi - niewiele był wart - ale pragnęła, oczywiście, zabrać większość fotografii. Przejrzała je niezdecydowana, które odrzucić. Miała zdjęcia większości mieszkańców wioski. Tu partyzanci: Mohammed, Alishan, Kahmir i Matullah prężący się ze srogimi minami w zabawnie heroicznych pozach. Tu kobiety: zmysłowa Zahara, stara, pomarszczona Rabia i ciemnooka Halima, wszystkie rozchichotane jak uczennice. Tu dzieci: trzy dziewczynki Mohammeda i jego chłopiec Mousa; pędraki Zahary w wieku dwóch, trzech, czterech i pięciu łat; czwórka dzieci mułły. Nie mogła wyrzucić żadnego z tych zdjęć - będzie musiała zabrać wszystkie. .
- Tego wieczora nad rzeką panowała atmosfera podniecenia. Spodziewano się dzisiaj powrotu konwoju, który wyruszył ostatnio do Pakistanu. Mężczyźni oprócz tego, co najważniejsze do prowadzenia wojny, czyli karabinów, amunicji i materiałów wybuchowych, przywiozą też garść luksusowych towarów - może jakiś szal, trochę pomarańczy, plastykowe ozdoby. .
- - Nie będziemy marnować czasu ani pieniędzy na odwiedzanie okolicy, gdzie pewnie i tak nie będzie fajnie - powiedzieli, i Will miał z nimi spory kłopot, ale w końcu ich przekonał. Potrzebował właśnie kogoś takiego jak oni, kogoś pozbawionego zdrowego rozsądku, młodego i głupiego jak niedorobiony yuppie. Zgodzili się nie po to, aby ujrzeć obcych, w obcych nie wierzyli ani przez chwilę, nawet nie dla złota, ale po prostu z ciekawości. Fascynowała ich ta skupiona już wkoło Dulaca zbieranina, a Markowitz parała się profesjonalnie fotografią. Miała zamiar wypstrykać na tych ludzi kilka filmów. Will nie bardzo nawet wiedział, jak dziewczyna wygląda, bowiem niemal cała jej twarz ginęła za ogromnymi lustrzanymi okularami. .
- .
- Niedaleko stąd, zaledwie kilka tysięcy kilometrów nad powierzchnią Ziemi, orbitował „Szapieron”. Wraz z otaczającymi go w chaotycznym szyku pojazdami SKONZ, stanowiącymi jego eskortę honorową, okrążał Ziemię, zużywając na każdą rundę półtorej godziny. Na wielu pojazdach ziemskich znajdowały się ekipy reporterów i zespoły filmowe, relacjonujące na żywo oczarowanym abonentom Światowej Sieci Agencyjnej wszystkie wydarzenia. Reporterzy nawiązali łączność z ZORAKIEM, a także z ziemianami przebywającymi na pokładzie „Szapierona” i raczyli widzów zdjęciami wnętrza statku istot pozaziemskich, okraszając swój serwis szybko dezaktualizującymi się informacjami o rozwoju sytuacji nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Do znudzenia powtarzali, że statek ganimedów pojawił się nad Ganimedesem jak grom z jasnego nieba; mówili o wszystkim, co wyszło na jaw od tamtej chwili, o kolebce ganimedów, o celu ich ekspedycji na Iscarisa i o jej losach, słowem, wypełniali wszystkim czym mogli czas oczekiwania na wielkie wydarzenie. Połowa fabryk i urzędów na Ziemi zmuszona była zawiesić pracę i do czasu wylądowania ganimedów zamknąć po prostu swoje bramy, gdyż pracownicy albo przyklejali się do odbiorników prywatnych, albo do opłacanych z pieniędzy firmy. Prezes jednej z firm nowojorskich, poproszony na ulicy o komentarz przez reportera NBC, powiedział: .
- Ludzie z ożywieniem rozprawiali o ekspedycji na Ziemię. Statki ratunkowe miały jeszcze dość paliwa na przejście kolapsarowe, tam i z powrotem. Jeśli na Ziemi wciąż byli ludzie, Człowiek i Taurańczycy, mogliby pomóc nam wyjaśnić, co właściwie się stało. Jeśli tam nie było nikogo, to trudno - zdobylibyśmy nowe informacje. .
- Dziewczyna wbiegła po schodkach na werandę. Nie zauważyła mężczyzny w kominiarce skrytego za framugą drzwi. .
- Postanowił odbyć bolesną wyprawę na zachód, do Oregonu, aby zobaczyć się przynajmniej z dwojgiem młodszych dzieci. Ich matka wyszła ponownie za mąż, o dziwo za prawnika, lecz takiego, który najwyraźniej wiódł nienaganne życie. Poprosi dzieci o przebaczenie i postara się nawiązać między nimi cienką nić związku. Nie wiedział, jak to zrobić, ale poprzysiągł sobie, że spróbuje. .
- Czy zdążymy się przedostać, zanim nadejdzie Płótno? .
- - Rozumiem - uspokoił się Trzeci. - Jaki przewidujesz rozwój wypadków? .
-
Najlepsze
Zina wyjęła z torebki kopertę. .
— Zamelduj się Kapitanowi, tak jakby tego nie było — wskazałem palcem na Kapitana.. Właściwie to do wybranego przezeń przejścia granicznego prowadziły dwie drogi. Wolał Sero, ponieważ był to rzadko uczęszczany punkt graniczny, w maleńkiej wiosce. Będzie tam mało ludzi, a granica nie będzie tak dobrze strzeżona, jak w zalecanym przez Fisha Barzaganie. Najbliższym większym miastem od Sero było Rezaiyeh. Na drodze z Teheranu do Rezaiyeh leżało jezioro Rezaiyeh, długości ponad stu pięćdziesięciu kilometrów. Można je było objechać albo od północy, albo od południa. Północna trasa prowadziła przez większe miasta i z pewnością były tam lepsze drogi. Simons wolałby szlak południowy - pod warunkiem, że będzie przejezdny. Podczas zwiadu postanowił jednak sprawdzić obie drogi, północną jadąc w kierunku granicy, a południową - w drodze powrotnej.. - Kazałeś im mnie zabić - powiedziałem.. - Czy nie powinniście raczej wezwać prawdziwego lekarza? - spytał Pete.. - Czy jest tam mój ojciec?. - Znałem kiedyś przybliżoną datę inwazji.. Pomyślała, że czas już chyba narzucić na siebie ubranie, opuścić ustronie i wspiąć się zboczem do położonego wyżej obozowiska przy jaskiniach. Tam przebywali teraz mieszkańcy wioski - mężczyźni odsypiali nocną pracę na poletkach, kobiety gotowały posiłek i próbowały okiełznać szalejące dzieci, ryczały krowy, beczały spętane owce, a psy walczyły ze sobą o ochłapy. Tutaj była prawdopodobnie zupełnie bezpieczna, bo Rosjanie nie bombardowali nagich wzgórz tylko wioski; ale zawsze istniało niebezpieczeństwo znalezienia się w zasięgu rażenia zabłąkanej bomby, a jaskinie uchronią ją przed wszystkim, z wyjątkiem bezpośredniego trafienia.. Inez wstała:.